Geniusz nie zaznaje spoczynku… i szczęścia w życiu

Tu gdzie mieszkam mamy wysyp genialnych dzieci. Dzieci wygrywają olimpiady, dostają się do najlepszych szkół, a w najlepszych szkołach mają średnią powyżej 5,0.

los małych geniuszy

Genialne dzieci….

…mają każde popołudnie wypełnione lekcjami języków, programowania i gry na fortepianie, a każdego wieczora nie kładą się spać wcześniej niż o 11, czyli po odrobieniu wszystkich prac domowych, wykonaniu wszystkich projektów na szóstkę i przeczytaniu rozdziału przyszłorocznej lektury. Genialne dzieci nawet wakacje spędzają odbębniając codzienne dawki zajęć dodatkowych, które pozwolą im nadrobić braki i nie mieć problemów w nadchodzącym roku szkolnym (czytaj: nie dostać przypadkiem ani jednej upokarzającej czwórki).

Genialne dzieci nie spędzają czasu na dworze (no chyba że podczas lekcji tenisa lub jazdy konnej latem i treningu narciarstwa zimą) i nie marnują czasu na pogaduszki z koleżankami i kolegami.

A już absolutnie i pod żadnym pozorem genialne dzieci nie marnują czasu przy komputerze, z tabletem, ani ze smartfonem: nie oglądają filmików na Youtubie, nie grają w Minecrafta ani Robloxa i nie mają konta na Snapchacie.

Skąd tyle wiem o genialnych dzieciach? Genialne dzieci są stałymi bywalcami kursów językowych, najchętniej indywidualnych: potrzebują pomocy nauczyciela w szlifowaniu na A esejów do swojej anglojęzycznej szkoły lub w przygotowaniu do egzaminów przewidzianych dla starszych grup wiekowych.

Genialne dzieci miewają jednak czasem trudności. Jedną z takich bolączek najczęściej przewijających się w rozmowach z rodzicami zapisującymi swoich młodych geniuszy na angielski jest ograniczone słownictwo. Drugim problemem jest niezdolność komunikacji. Rodzice inwestują w godziny korepetycji wyciągających na piątkę i szóstkę, ślęczą razem z dzieciakami w domu nad listami słówek, robią setki ćwiczeń z różnorakich książek, a mimo tego genialne dzieci wciąż nie są w stanie podczas zagranicznych wakacji zamówić lodów lub nawiązać kontaktu z rówieśnikami przy basenie. Na domiar złego przy przenosinach do szkoły dwujęzycznej okazuje się, że cała rodzina musi walczyć z obezwładniającym i często beznadziejnym wyzwaniem wkucia ogromnej ilości nowych słówek.

A pamiętacie…

…jak wy uczyliście się swoich angielskich słówek? Ja pamiętam bardzo dobrze. Pamiętam samodzielne spisywanie sobie tekstów piosenek, wyłapywanie nowych zwrotów “spod” lektora w filmach, potem granie w gry komputerowe (wtedy gier jeszcze nikt nie lokalizował), czytanie artykułów i wyszukiwanie informacji na interesujące mnie tematy w necie po angielsku (bo po polsku tych informacji po prostu nie było), pamiętam nawet swoich zagranicznych pen palsów z lat dziewięćdziesiątych. I jakby mnie ktoś teraz zapytał w jaki sposób spamiętałam całe angielskie, rosyjskie i włoskie słownictwo, jakim się posługuję, to wierzcie mi, wkuwanie list słówek byłoby ostatnią odpowiedzią, która przyszłaby mi na myśl.

Co oczywiście nie oznacza, że wkuwania słówek w moim życiu nie było. Szczególnym sentymentem darzę wspomnienie tego jak na pierwszym, czy drugim roku studiów mieliśmy na leksyce rosyjskiej do zaliczenia nazewnictwo szat liturgicznych cerkwi prawosławnej. Bardzo przydatne i życiowe, przyznajcie sami. Wykułam, zaliczyłam. Czy pamiętam? Zgadnijcie.

Pamiętam za to doskonale jedną z pierwszych grup, jakie prowadziłam na kursach. W tej akurat grupie był jaskrawy podział: na sumienne i zawsze obkute dziewczyny oraz olewających chłopaków kombinujących tylko jak tu najszybciej wrócić przed komputer. Zgadnijcie która część grupy, zaskakiwała mnie na każdej lekcji angielskimi nazwami najdrobniejszych elementów zbroi średniowiecznego rycerza i pierwszorzędną wymową kolokwialnej angielszczyzny.

genialne dzieci

Jako rodzic…

…muszę się przyznać do jednego. Podglądam czasem swoją własną córkę podczas toczonych przez nią rozmów z internetowymi kolegami (odrobina rodzicielskiego nadzoru nie zaszkodzi 😉 ) i często jestem naprawdę zdumiona z jaką lekkością i naturalnością moja wychowana w Polsce dziesięciolatka prowadzi te swoje anglojęzyczne konwersacje, jaki zaskakujący ma zasób słownictwa i jakie ambitne pytania mi czasem zadaje, kiedy potrzebuje wsparcia w tej komunikacji.

Co chcę przez to wszystko powiedzieć?

Chcę powiedzieć, że naprawdę odrobina swobody, radości życia i robienia tego na co nasze dzieci mają ochotę nie tylko im nie zaszkodzi, ale wręcz pomoże. Zamiast zamęczać małych geniuszy ciężką kilkunastogodzinną harówą (co najmniej 5-6 godzin w szkole, przynajmniej 3 godziny zajęć dodatkowych dziennie, minimum 2 godziny odrabiania prac domowych…), pozwólmy im się uczyć w sposób naturalny tego, czego naprawdę w życiu będą potrzebować. Pozwólmy im budować relacje społeczne na podwórku i w sieci, aby w przyszłości umieli relacje społeczne budować i konwersacje nawiązywać. Nie demonizujmy technologii i internetu.

Pozwólmy też czasem dzieciakom na tego smartfona i Youtuba, bo naprawdę z naszej obecnej perspektywy (a już szczególnie z perspektywy rodziców, którzy mediów społecznościowych i internetu jako takiego w ogóle nie ogarniają) nie jesteśmy w stanie orzec, czy oni z tym smartfonem w ręku marnują czas, czy opanowują umiejętności, które za kilka lat, w dorosłym życiu okażą się wielokroć bardziej przydatne niż znajomość budowy moreny czołowej oraz wiedza o tym dlaczego Izabela nie chciała Wokulskiego.

Kiedy byłam nastolatką…

… dzieciakom mówiło się, żeby nie marnowały czasu przed komputerem (O ironio! Ile się tego nasłuchał jeden z moich kolegów, który jest obecnie świetnie zarabiającym programistą!).

Kiedy moja mama była nastolatką…

… zbierała notorycznie ochrzan za marnowanie czasu na czytanie książek i niezajmowanie się rzeczami, którymi “dziewczyna zajmować się powinna”. Czy usłuchała napomnień? Oczywiście, że nie. Czy dobrze na tym wyszła? Zgadnijcie sami.

Odpuśćmy czasem kontrolę…

… i nie kreujmy geniuszy na siłę. Bo zmuszając nasze dzieci do robienia tego, co dla nich nienaturalne, tworzymy pokazowych geniuszy tu i teraz, a sieroty życiowe w przyszłości. Pamiętajmy, że w dorosłym życiu nikt nas nie pyta jaką średnią mieliśmy w podstawówce i czy na pewno chodziliśmy do najlepszego liceum w mieście. W dorosłym życiu ambicje naszych rodziców i ich wyobrażenia  o tym “co każdy wykształcony człowiek wiedzieć powinien” okazują się kompletnie nieistotne. W dorosłym życiu liczą się nasze kompetencje społeczne, realne umiejętności przystające do aktualnej rzeczywistości oraz danie sobie samym szansy i czasu na znalezienie życiowej pasji i szczęścia.

  • Ja znam wiele takich dzieci. Niektórzy stali się już dorosłymi i muszę powiedzieć że byli raczej szczęśliwymi dziećmi które lubiły takie a nie inne zajęcia i nie były do nich zmuszane ale raczej same miały po prostu większe niż przeciętne ambicje i w takich kierunkach ciekawość świata. Znam dzieci które na własne życzenie były przepisywane do bardziej wymagających szkół bo irytował je luz i brak dyscypliny w tych zwyczajnych… Teraz jest taki trend że rodzice organizują dzieciom czas, a inni na to patrzą krytycznym okiem. Nie ma jednej recepty na szczęście. Moim zdaniem jeśli dziecko jest szczęśliwe z tym to super! Ale jak to Polacy lubimy obgadywać i krytykować nawet jeśli nie znamy realiów takich osób…