Nie wszystko złoto, co się świeci – kilka słów o szkolnej kulturze i misji nauczyciela

Miałam dzisiaj pisać o planowaniu i wyznaczaniu celów, nie o szkolnej kulturze, ale wyszło inaczej. Dlaczego? I dlaczego miałabym pisać o szkole w pierwszym tygodniu ferii zimowych?

Ferie

Bo jak ferie, to dzieci w w rozjazdach lub w domu. A jak dziewięciolatek w domu, to usycha z nudy. A jak ma tendencję do usychania z nudy, to warto go na jakąś zimę w mieście lub półkolonie zapisać. A jak rodzic się za późno zorientuje, to zapisuje tam, gdzie zostały miejsca. I tak moja prywatna dziewięciolatka wylądowała na półkoloniach organizowanych w brzydkiej, szarej szkole wetkniętej między równie brzydkie bloki z wielkiej płyty. Proszący się o remont ponury gmach z lat siedemdziesiątych, taki w jakim uczy się pewnie 70 procent polskich dzieci. Niby nic, a dla mojej córki szok, bo ma rzadki przywilej uczęszczania do podstawówki nowiuteńkiej, jeszcze pachnącej świeżością, z kolorowymi dywanikami i pufami w „kącikach wypoczynkowych” oraz stolikami do piłkarzyków na korytarzach.

Woźna

No więc wchodzimy dzisiaj rano do szarego mokotowskiego gmaszyska, schodzimy do szatni, a tam… Woźna. Uśmiechnięta, sympatyczna, pomocna, zagadująca dzieciaki. „Ale jak to” – myślę, przypominając sobie momentalnie wykrzywione w wiecznym grymasie niezadowolenia twarze woźnych z naszej szkoły…

Miałam jakiś czas temu wątpliwą przyjemność poczekać dłużej w szkole mojego dziecka, posiedzieć na korytarzu i poobserwować codzienne szkolne życie, jakie toczy się w kolorowej, lśniącej świeżością i czystością placówce, będącej – jak wieść niesie – oczkiem w głowie lokalnego burmistrza. I co zaobserwowałam? Te same, co zawsze, skwaszone sprzątaczki narzekające na „niewychowane bachory” i drące się na „rozwydrzonych gówniarzy” w szatni. A dzisiaj szatniarka ze starej, szarej szkoły na osiedlu z wielkiej płyty uświadomiła mi, że piękna, nowa szkoła, do której chodzi moje dziecko nie jest szkołą dla dzieci, jest szkołą na pokaz. Nie wszystko złoto, co się świeci.

Kultura organizacji

No ale to tylko woźne – powiecie. A ja wam powiem, że nie, to nie tylko woźne. Tu chodzi o kulturę. Kulturę organizacji. Kto z was uczy Business English, ten wie, a kto nie, temu na szybko tłumaczę, że kultura organizacji to zestaw norm, wartości i idei w danej organizacji obowiązujących, to specyficzny klimat, atmosfera, kształtowane między innymi poprzez zarządzanie. Innymi słowy kultura organizacji idzie z góry, a zachowanie poszczególnych pracowników stanowi jej odzwierciedlenie. A organizacja, moi drodzy, to nie tylko korpo ze szklanego Mordoru. Szkoła publiczna, czy Urząd Skarbowy, w którym tak nie lubicie się pojawiać, to też organizacje ze swoistą kulturą (lub – jak chciałoby się czasem rzec – jej brakiem). Jeżeli szkolne sprzątaczki traktują dzieci (swoich klientów, głównych odbiorców usługi szkolnej, powód, dla którego w ogóle otrzymały w organizacji zatrudnienie) jak śmieci, to jak myślicie – jak dzieci są w takim miejscu traktowane przez nauczycieli, przez szkolnych pedagogów, przez dyrekcję? W kulturze organizacji chodzi o przykład, który idzie z góry.

Bachory

I pewnie bym o tym w ogóle nie pisała, gdyby nie to, że wczoraj na jednej z nauczycielskich grup na FB natknęłam się na blogowy wpis dziewczyny piszącej dlaczego rzuciła pracę w szkole i odważnie (bo już pracę rzuciła) jadącej po „niewychowanych, samolubnych i nieodpowiedzialnych bachorach”. Tekst tak żałosny, że nie zasługuje na linkowanie, więc nie linkuję, ale poruszający. Poruszający dla mnie z jednej strony jako nauczyciela, ze stażem wystarczającym już żeby wiedzieć i każdemu początkującemu nauczycielowi przypomnieć, że w relacjach ze swoimi uczniami zbierasz plony tego, co sam zasiejesz. Z drugiej strony poruszający dla mnie jako matki, bo śledząc tok myślowy autorki cieszyłam się  – w imieniu uczonych przez nią dzieci – że z pracy w szkole zrezygnowała i żaden biedny uczeń nie będzie musiał mieć z nią więcej do czynienia, a jednocześnie – niestety – trzymałam kciuki za kilkoro nauczycieli ze szkoły mojej córki, życząc im podjęcia takiej samej decyzji co do swojej dalszej kariery w edukacji.

Dyrekcja

Dwa akapity wyżej piszę o tym jak czekałam w szkole. Nie czekałam wtedy na moją córkę. Czekałam na dyrektor ds . pedagogicznych, z którą byłam umówiona. Na rozmowę. Taką zwykłą, ludzką. Jak nauczyciel z nauczycielem, pedagog z pedagogiem, metodyk z metodykiem, jak osoba świadomie kształtująca kulturę organizacji, za którą jest odpowiedzialna, z osobą, która o kształtowaniu kultury organizacji najwyraźniej nie słyszała. Dwa miesiące po rozpoczęciu roku szkolnego przelała się moja czara goryczy i nie dałam już rady patrzeć na porażki ponoszone raz za razem przez nauczycieli mojego dziecka; nie wszystkich (trzeba im oddać sprawiedliwość), ale zatrważającą większość niestety. Porażki wypisz wymaluj podobne do porażek autorki bloga, który mnie wczoraj tak rozstroił.

Nauczyciel

Jeżeli nie wiecie jak nauczyciel może ponosić porażkę za porażką, to spieszę podać wam receptę na nauczycielską porażkę w trzech zwięzłych punktach:

  1. Brak kompetencji merytorycznych: Nauczycielka przyrody naszej klasy jakiś czas temu przestała dawać dzieciom ocenione klasówki do domu. Liczba błędów wykrywanych przez rodziców w poleceniach najwyraźniej przeraziła nawet ją samą. Bo wiecie, znalazłszy braki w swojej wiedzy nauczyciel może zrobić dwie rzeczy: próbować braki uzupełnić lub ukryć. Jako osoba zarządzająca zespołem nauczycieli powiem wam w sekrecie, że ukrywanie braków merytorycznych sprawdza się tylko na krótką metę. W przypadku językowców mamy oczywiście ten komfort, że możemy kompetencje merytoryczne dosyć łatwo sprawdzić prowadząc rozmowę rekrutacyjną np. po angielsku, ale – zapewniam was – anglistka, która uczyła klasę mojego dziecka w zeszłym roku (już nie uczy :D) na pewno rozmowy po angielsku nie przeszła, nie tylko rekrutacyjnej, ale jak miałam wrażenie, żadnej. Niestety posiadanie kwalifikacji (bo przecież to jest warunkiem otrzymania posady w szkole publicznej) nie jest równoznaczne z posiadaniem kompetencji. Nie wszystko złoto, co się świeci.
  2. Brak kompetencji metodycznych: Jak przeprowadzić wzorcową lekcję historii dla klasy dziewięciolatków? Oczywiście w formie 45-minutowego wykładu. Takiego przynajmniej zdania jest kolejny geniusz z naszej bijącej po oczach kolorami placówki. Jak myślicie, jakie referencje wystawiłaby mojej szkole językowej agencja reklamowa lub firma farmaceutyczna, gdybyśmy posłali do nich na zajęcia takiego nudziarza? I czy tylko dla mnie jest oczywiste, że dzieci mają jeszcze krótszy „attention span” niż dorośli i większą potrzebę dywersyfikowania aktywności podczas zajęć? Jestem przekonana, a nawet pewna, że pan od historii ma kwalifikacje pedagogiczne, może miał odpowiednie zajęcia jeszcze na studiach, a może zrobił korespondencyjnie kurs dający uprawnienia. Jednak niestety, jak wyżej: posiadanie kwalifikacji nie jest równoznaczne z posiadaniem kompetencji. Nie wszystko złoto, co się świeci.
  3. Brak pokory i samokrytyki: Nauczycielka od techniki w szkole mojego dziecka ma pecha: uczy samych debili. Musiała nawet w związku z tym wystosować już w październiku specjalną wiadomość na Librusie do rodziców wszystkich prowadzonych przez siebie klas czwartych. Nieodpowiedzialne, niewychowane i nieumiejące się skoncentrować bachory nie były w stanie usiedzieć na jej lekcjach. Nawet zrobienie niezapowiedzianej kartówki ze znaków drogowych i postawienie całej klasie jedynek nie przyniosło pożądanego rezultatu. Wiecie co przyniosło rezultat? Moja wizyta u pani dyrektor ds. pedagogicznych i stanowiąca jedną z jej konsekwencji zmiana sposobu pracy na lekcjach techniki. Wygląda na to, że skutecznie przekazałam jeden z najważniejszych wniosków, jakie wyciągnęłam pracując swego czasu z tak przez wszystkich nielubianą (a tak przeze mnie wtedy uwielbianą) „gimbazą”, a mianowicie konkulzję, że jeżeli większość moich uczniów nie rozumie/nie umie, to nie jest to ich wina, tylko moja, może mojego tempa pracy, a może metody, w każdym razie moja i to ja – nauczyciel – powinnam coś zmienić, nie oni. Zmieniałam, zawsze działało. Do tej pory zdarza mi się z pokorą zmieniać i modyfikować założenia kursów. I ta pokora naprawdę przynosi rezultaty.

Kariera czy misja?

Na koniec jeszcze jedna uwaga, ku przestrodze. Wychowawczyni syna znajomych nieustannie powtarza swojej klasie, że są najniegrzeczniejszą i najgorszą klasą w całej szkole. I wiecie jaką ma klasę? Niegrzeczną. Trudną.

Samospełniające się proroctwo to się nazywa. Powiedz dziecku, że jest niegrzeczne, a będzie niegrzeczne, powiedz, że pyskate, a będzie pyskate.

W wychowaniu dzieci, pedagogice i edukacji zasada, że jakie ziarno zasiejesz, takie plony zbierzesz, sprawdza się jak nigdzie indziej.

Zawód nauczyciela to zawód szczególny, jak praca lekarza, czy duchownego, jest to służba drugiemu człowiekowi (tak, to małe, niepełnoletnie to też człowiek), to – nie bójmy się dużych słów – misja. Jeżeli szukasz pracy od-do, z której wyjdziesz po południu i zapomnisz na cały wieczór, czym się zajmujesz, aby na spokojnie oddać się oglądaniu milionowego odcinka „Na Wspólnej”, to… poszukaj innej pracy 😉